O dwóch takich…ale nie tylko. Czyli świątecznie o Hiszpanii.

Wietrzny poniedziałek miał być relaksacyjny. W sensie relaksacyjnego sprzątania. Przecież „Świnta ido pani dobrodziejko”. No i pSuki zawsze dorzucą swoje pięć groszy (zależy po jakim kursie) w kwestii domowego syfu.

Ludwiczek w otchłani swego biura słucha już dylanowskich wersji Christmas Carols.

Gdy wtem zawiało, huknęło i gruchnęło. Szyba w naszych znielubianych drzwiach zakończyła swój żywot. Zawsze coś!

No i to coś było dość niebezpieczne. Nie tylko dla mych palców ale i psich w łapach poduszek. Zwłaszcza, że Dziewczynki, jak na rasowe dożyce przystało, zlękłszy się początkowo brzęku szkła, wbiegły zaraz na schody, wiedzione swym wścibstwem, aby szybko sprawdzić co się dzieje. Musiałam pogonić! I nawet się rozdarłam, bo drobinki szkła skrzyły dosłownie wszędzie. Żadnego relaksu nie było. Mimo, że okien nie myje wszak padać będzie.  Zresztą jak obrobić skoro sztuk 16 + przeszklone patio a czasu tak mało…Rany boskie!

Świątecznie chciałam dziś trochę. Jak wszyscy to wszyscy! I babcia też. LOL

W tak zwanym międzyczasie wystroiłam więc „choinkę”. Zrobioną z tego co nam z palm opada. Pomalowałam owe spady na srebrno i złoto. Dodałam ptaszka mejd in czajna. Czyli paradnie. I jeszcze inne wykminiłam „ozdupki”. Także z szyszek, choć iglaki w tym kraju jakieś cienkie w swej naturze. Bo gałązkę skubnąć mi się umaniło lecz zobaczywszy, że rzadko porośnięta a bardziej ofajdana przez liczne tu gołębie, odpuściłam. Ale szyszki sprayem potraktowałam. A co?! Skoro śniegu nie uświadczę to przynajmniej chałupę ustroję tu i ówdzie.

Oraz popiszę krzynę co i jak w Hiszpanii na przełomie roku. Spieszno mi trochę, bo jedną datę już  przegapiłam a za chwilę kolejna. Ale przecież to u mnie nie nowość. A tu jeszcze walizy pakować trzeba i wio na London!

Przystępuję więc do tematu. Który nie jest mi do końca znany z autopsji a jedynie z ludwiczkowych opowieści, relacji telewizyjnych czy tak zwanych źródeł pisanych. Owszem, wujek Google też maczał w tym palce. A Ludwiczek żartuje, że i tak wiem więcej o hiszpańskich świątecznych tradycjach niż on.

Jak dotąd nigdy jeszcze nie spędziliśmy Świąt Bożego Narodzenia w Hiszpanii, bo a to Lublin a to Dortmund a teraz Londyn po raz kolejny. No bo jak, skoro rodzina rozsiana po europejskim świecie. Niby mogły być jeszcze Kanary aliści jakoś nikt nie zaprosił…

A skoro o geografię już zahaczyłam. Kraje nasze na dwóch odległych od się krańcach Europy ale oba tak zwane katolickie. I niby wiele podobieństw lecz pewnie (znowu!) słońce sprawia, że  Boże Narodzenie jest tu dużo bardziej radosne. Zresztą czyż nie takie powinno być?!

Radość ta zaczyna się od wolnego…Jak na Hiszpanię przystało! Już 8 grudniaEl Día de la Inmaculada Concepción ( i Inmaculada i Concepción są tu dość często spotykanymi imionami żeńskimi, a jakże!) czyli po naszemu Dzień Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Hiszpanie rozpoczynają przygotowania do Świąt. 

Choć mówiąc szczerze, ja te ichnie przygotowania zauważyłam chwilę wcześniej. W Alicante na ten przykład świąteczne iluminacje odpalono chyba już miesiąc temu. No ale skoro w Wielkiej Brytanii choinki ubiera się w październiku…(fakt!). Pamiętam, bo w ubiegłym roku czekając w Londynie narodzin wnuka, wpadłam na świąteczne drzewko w hotelowym holu…

Jedno jest pewne, choinki w hiszpańskich domach raczej nie uświadczysz, chyba że naśladując amerykańskie filmy lub reklamy, ktoś pokusi się o takową.

Maysonave w Alicante prawie jak londyńska Oxford Strest.


A w tym roku do Alicante, ni stąd ni z owąd, zawitał Papa Noel. Który to wcale a wcale hiszpańską tradycją nie jest. Nawet mu chatę zbudowano na obcą modłę. Dzikie tłumy ponoć się przewijają aby zobaczyć  siwobrodego staruszka. Może za rok sama udam się tam z rzeczonym wnuczkiem. Patrz wyżej.

Mikołaj w Katalonii czy Aragonii na przykład, nie jest w ogóle znany. Dzieci mają za to drewnianego ludzika z głupawym uśmiechem i patykowatymi nogami, zrobionego z kłody dowolnej wielkości a okrytego czerwonym kocykiem lub barcelońską beretką. Postać ta zowie się  Tío de Nadal/Caga Tío lub Tizón de Nadal/Toza. Począwszy od 8 grudnia aż do Wigilii, dzieciaki muszą dbać o swego drewnianego pupila, dokarmiając go słodkościami i chroniąc przed chłodem.

 

Tak sobie myślę, że pewnie byłabym dobrą opiekunką drewienka, bo ponoć dziecięciem będąc, wyłam w niebogłosy, że Jezus malusieńki nie ma ni sukienki ni poduszeczki i do tego płacze z zimna. 

Ale wracając do Hiszpanii, Tío de Nadal tak naprawdę robi po trosze za naszą Gwiazdkę, bo to on własnie odpowiedzialny jest za prezenty. W przeszłości, jako wciąż pogański symbol, był palony w piecu, ogrzewając i rozjaśniając domostwa a jego prochy rozsypywane były na polach. Przez lata tradycja ta ewoluowała. Teraz w Wigilię dziatki okładają go kijami, śpiewając przy tym stosowne rymowanki. A im lepiej był pasiony tym więcej upominków, skjuz maj frencz, wysra 25 grudnia. 

Starsi obywatele Hiszpanii, żeby nie było, obdarowywani są koszami delikatesowymi częstokroć dość pokaźnych rozmiarów. Im więcej zasług tym większy kosz lub skrzynia. A w nim pata de jamon Serrano na ten przykład, słodycze wszelkiego rodzaju od turrona począwszy na polvorones skończywszy, i alkohol wszelaki, w zależności od zamożności darującego. Ceny wahają się od kilkudziesięciu euro do tych idących w tysiące…

Jednakowoż wróćmy do dnia ósmego miesiąca grudnia, kiedy to tubylcy dają upust swemu artystycznemu zacięciu. Bo przecież każdy Hiszpan to decorador, interiorista, cantante, modelo, influencer, bloger i do tego jeszcze fotógrafo. Zabawne? Ale tak przedstawiają się prawie wszyscy ludzie w programach tv, które zdarza mi się oglądać. A mój Ludwiczek utrzymuje, że ja też spokojnie mogę robić za tych razem wziętych pseudo profesjonalistów. Chyba jednak kocha 😉

Jak zwał, tak zwał. Kto żyw upiększa jak potrafi. Światełka w oknach (z każdym rokiem coraz więcej), wspinający się po drabinie Mikołaje z odległych Chin, sztuczne choinki. I gwiazdy betlejemskie vel poinsecje wyzierające z każdego kąta sklepu czy mieszkania. Ja akurat mam dwie wewnątrz i na zewnątrz. Że co? Zaszalałam odrobinę? 

Ale gwoździem programu w Hiszpanii nie są nasze swojskie choinki, przyjęte i zaszczepione w polskiej tradycji od niemieckiego sąsiada, lecz  SzopkiBożonarodzeniowe Belén zwane. 

Ustawiane na placach wszystkich miast i miasteczek (jedną ma nawet alicantyjska stacja tramwajowa!) a także przed domami czy też w oknach. Tak aby sąsiady zazdrościły.

Stacja Luceros Alicante
I żeby tradycji stało się zadość  Belén to kolejne dość popularne (zaskakujące jak dla mnie) imię żeńskie. 

Ale przejdźmy od materii ożywionej do tej tak zwanej martwej. Hiszpańskie „Beleny” to nie byle jakie instalacje. Budowane są przez całe pokolenia i nowym pokoleniom przekazywane. Figurki do nich kolekcjonuje się ponoć przez lata a ci co w gorącej wodzie kąpani w bankach się zadłużają aby szybciej, aby lepiej. Ludziki i „osprzęt” do szopek kupić można nawet w supermarketach. No i oczywiście, podobnie jak w Polsce, organizowane są konkursy na najpiękniejszą szopkę cocompetición de belenes.

Belén jak widać, to nie tylko Święta Rodzina, żłóbek i garść boskich stworzonek na krzyż. To cała opowieść w kilku, że się tak wyrażę, rozdziałach. Jest w niej bowiem prawie wszystko: scena przedstawiająca samą Maryję, Zwiastowanie, postój w Egipcie, narodzenie Jezusa i przybycie Trzech Króli. A nawet sam Herod. Częstokroć całość tak realistycznie wykonana, że trudno oderwać oczy. Pewnie dlatego stałam na alicantyjskim placu jak wryta przez dłuższą chwilę, podczas gdy Ludwiczek mordował się z Dziewczynkami ledwo co przeciw wściekliźnie zaszczepionymi.

Oprócz imponujących budowli, od miejskiego domu po stajenkę, i wszelkiej maści okoliczności przyrody mamy w belenie niezliczone ilości postaci.

W niektórych regionach Hiszpanii takich jak Katalonia, Walencja czy Murcia a także w Andorze, we Włoszech oraz Portugalii, radosna twórczość belenów wzbogacona została o znaczącego gościa. Jest nim Caganer, niewątpliwie rebeliancka postać w szopce. Pierwotnie czyli w okolicach XVIII stulecia, była to po prostu figurka chłopa, takiego co to prosto z pola, który odziany w tradycyjny berecik, ukazując swe „lico” oddaje…stolec za krzakiem. I to całkiem niedaleko Jezusowej stajenki. Zadaniem dzieci jest odnalezienie Caganera, przynoszącego szczęście i radość. A dorośli niech się głowią, tworząc teorie na temat jego tam obecności. Czy o nawożenie gleby tu chodzi, czy utracony link z  transcendencją,  czy zbliżenie świętości do nieczystości, czy wreszcie ukryta głęboko w każdym z nas psotna natura. Każdy znajdzie coś dla siebie!

Dość powiedzieć, że teraźniejsze Caganery wcielają się w znane postaci z życia politycznego czy celebryckiego i nie oszczedzają nawet rodziny królewskiej. Do wyboru, do koloru!

W katalońskich belenach pod postacią Caganera znaleźć można wszystkich, niemal jak w filmowej szopce ‚Love actually’, gdzie wespół w zespół z homarem pojawiła się ośmiornica.

Ale już wyspiarze z Kanarów na ten przykład, to minmaliści, jako i mój Ludwiczek. Beleny robią sobie po prostu z piachu Belén en la arena, na plaży. Bo kto by się tam w domu kisił w Boże Narodzenie skoro na zewnątrz ponad 20 na plusie.

Podobno, choć Ludwiczek zaprzecza, bo na Kanarach niepraktykowany, istnieje też zwyczaj wśród dzieci  chodzących z de pedir el aguinaldo , który polega na szwędaniu się od domu do domu, śpiewaniu kolęd w zamian za podarunek, słodycze tudzież po prostu monety (to częściej na wsi). Zwyczaj ten wypisz wymaluj jak nasi kolędnicy.

Kolejnym niezwykle ważnym dniem w hiszpańskim kalendarzu jest 22 grudnia. Czyli już dziś! Ku uciesze dziatwy rozpoczynają się ferie świąteczne vacaciones de Navidad.

Zaś dorosła część niemal całej Hiszpanii (wg statystyk nawet 90%!), emocjonuje się świąteczną loterią Lotería de Navidad, pieszczotliwie zwaną też El Gordo = Grubas.

Czeka się na nią caluśki rok! I Państwo Diaz też czekają! Kupony sprzedawane są od lipca, a piękny, poruszający serca i wzbudzający nie mniejsze emocje spot reklamowy (każdego roku inny) emitowany jest na około miesiąc przed godziną zero.

Nasz kupon. Życzcie nam szczęścia 😉
Ubiegloroczną reklamę El Gordo możecie zobaczyć tutaj: https://youtu.be/k2QHRuHsMHg  Według mnie lepsza niż tegoroczna.

Oficjalnie zwana Sorteo Extraordinario de Navidad to ponoć najstarsza loteria na świecie, której poczatki sięgają 1812 roku.

Losowanie zaczyna się z samego rańca. Trwa kilka ładnych godzin aż do momentu wyczerpania piłeczek z nagrodami. Każda piłeczka waży 3g i ma średnicę 18,8 mm. Numery są wykonane laserowo. 

Dzieci, wybrańcy z madryckiej szkoły Colegio San Ildefonso, specjalnie do tego celu trenowane, wyśpiewują wylosowane numery przekazując je szanownej komisji. Jeden podrostek oznajmia zwycięski numer zaś drugi nagrodę numerowi przypisaną. Ciekawym jest, że do lat 80′ ubiegłego stulecia zaszczytu piania dostępywali jedynie chłopcy. 


Zajście całe odbywa się przed publiką w madryckim Teatro Real a emitowane przez radio i telewizję przyprawia krewkich Hiszpanów o palpitacje, nie mniejsze niż podczas piłkarskich potyczek. Każdy przecież chce łatwo, szybko i przyjemnie odmienić swe życie… Główna nagroda w loterii wynosi dość grubiutkie 4 000 000 €.

Ludwiczek mówi, że 22 grudnia nazywa się żartobliwie El Día de la salud co oznacza Dzień zdrowia. Albowiem wszyscy, do których szczęście w loterii się nie uśmiechnęło, pocieszają się wzajemnie, że más importante que el dinero es la salud a więc, ma się rozumieć, zdrowie ważniejszym od kasiory jest i kropka!

I kiedy już wszyscy ochłoną z rozemocjonowania i zazdrości, że ten lub tamten to miał szczęście, nadchodzi 24 grudnia.

Hiszpańska Nochebuena/Wigilia rozpoczyna się paradami obywateli w strojach ludowych. Ci to zawsze potrafią się bawić! Ludziska przemierzając ulice miast i wsi, ciągają ze sobą zwierzynę domową przyozdobioną w świecidełka oraz inne duperele.

Barwny korowód w asyście muzyki i śpiewów kończy swój bieg przy najgłówniejszym Belénie a więc stajence.

O godzinie 21.00 przemawia „pan” król. Jakoby dając znak start do wigilijnej kolacji, do której Hiszpanie zazwyczaj zbierają się w domu najstarszego przedstawiciela rodziny.

Wigilijny posiłek nie jest postny tak jak w Polsce. Na hiszpański stół wjeżdża całe bogactwo dość ciężkich w kalorie potraw. A każdy region ma swoje specyficzne menu. Zazwyczaj jednak biesiaduje się przy tradycyjnej szynce jamón ibérico, pieczonych mięsach białych oraz czerwonych (jagnięcina, drób, króliki), jako i winach w tych samych kolorach. Nie brakuje pasztetów i oczywiście owoców morza. Poza tym, tak jak u nas barszcz, tak tutaj obowiązkowym jest consome, czyli hiszpański rosół.

Ludwiczek powiada, że u nich raczej sopa de marisco a więc zupa z morskich żyjątek i czasem  nawet papas arrugadas innymi słowy pomarszczone ziemniaczki w łupince i w soli gotowane, a podawane z pysznym sosem mojo picón. O czym pewnie wkrótce na blogu. Trzeba przecież chłopa połechtać od czasu do czasu 😉

W Andaluzji natomiast o zgrozo (!) daniem głównym jest cochinillo czyli pieczony maluteńki prosiaczek. Miałam kiedyś nieprzyjemność być nim uraczona podczas wycieczki w inny rejon, bo aż do Segovii. Łzę uroniłam niejedną i odmówiłam konsumpcji. Trauma do tych pór. A wcale wegetarianką nie jestem lecz już  się przymierzam…

Przejdźmy może jednak do słodszych nieco kwestii.

Na deser zawsze musi się znaleźć miejsce tak na stole jak i w żołądku. Bo jakże to bez turro-ów chałwopodobnych i polvoron-ów, co to w pył się w dłoni przeobrażają?! A i zapić też je trzeba musującym winem, cava zwanym.

Turrón
Polvorones
Może to i lepiej, że zostaję przy polskiej tradycji, bo skoro po naszym Bożym Narodzeniu przybywa na wadze, to aż strach pomyśleć co by było gdyby…

Dość o strawie. Jeśli po wieczerzy ciało ma jeszcze siłę, winno zabrać swą duszę do kościoła na mszę na kształt naszej Pasterki. W Hiszpanii nazywa się ją misa de gallo a po naszemu ni mniej ni więcej a msza kogucia. Wszak to kogut jako pierwszy obwieścił światu narodziny Jezusa.

Podczas mszy śpiewane są radosne villancicos – kolędy, które często w dziecięcym wykonaniu rozbrzmiewają poza murami kościołów na długo przed 24 grudnia. A ostatnio wielokroć łączone są z  nie do końca sakralną muzyką Cohena, co akurat slyszałam na własne uszy.

Tradycja dziecięcego kolędowania wywodzi się ze wspomnianego wcześniej aguinaldo, kiedy to dziatki starały się zwrócić uwagę na zbudowaną przez siebie szopkę, oczekując także w zamian drobnych datków pieniężnych, turronów czy marcepanowych figurek. 

Następna ważna data w kalendarzu to oczywiście 25 grudnia El Día de Navidad – Boże Narodzenie. Dzień ten, podobnie jak na naszej ojczyzny łonie, spędza się wśród najbliższych. Stoły uginają się od dobrości, nikt nie dba wtedy o niepoliczalne kalorie, wszyscy celebrują odświętny posiłek, rozmawiając i ciesząc się towarzystwem rodziny. Czyli nic nowego 😉 

Czasem też, jak mówi Ludwiczek, wizytuje się dalszą familię uskuteczniając dla zdrowotności spacer. 

No i czasem z samego rana, do co grzeczniejszych i bardziej zamerykanizowanych, przybywa Papá Noel.

Zaś w País Vasco ich własna równie rubaszna choć nie zawsze brodata wersja –  Olentzero , podrzucający prezenty w nocy z 24 na 25 grudnia. Jak na baskijskiego chłopa przystało, nosi beret zwany boina, tradycyjne trzewiki abarketa i pali fajkę! Czasem twarz ma węglem drzewnym umazaną, albowiem węglarzem bywał i dziateczkom zabawki strugał, które potem roznosił w powęglowym worze.

Olentzero według baskijskiej tradycji to legendarny olbrzym z Pirenejów. Zagłębiać się jednak dalej nie będę, bo wersji jest tyle, że nie sposób ogarnąć. Dość, że gość podarki przynosi!

Olentzero w Bilbao.


Potem mamy już 28 grudnia czyli  El Día de los Santos Inocentes czyli Dzień Świętych Niewiniątek. Upamiętnia on poniekąd rzeź dziatek w Judei, zarządzoną przez Heroda, który przechytrzony nie zdołał zgładzić zapowiedzianego i nowonarodzonego Syna Bożego. A że Hiszpanie lubią się bawić zawsze i wszędzie, również ten dzień traktują rozrywkowo niewinnie się oszukując i strojąc żarty. Zupełnie jak w nasze Prima Aprilis. 

Ludwiczek wspomina nie bez rozżewnienia, kiedy to  lata temu 28 grudnia właśnie, ukazała się nota w prasie o zakusach odłączenia Kanarów od iberyjskiej części Hiszpanii lub o zakupie piłkarza X do Las Palmasowej drużyny piłkarskiej. Zwykli zjadacze chleba też psikusów nie skąpili a gdy ktoś dał się nabrać, wykrzykiwano Inocente! Nie żeby był niewinny ale, że tak parszywie dał się okpić. Teraz już odchodzi się od tradycji. Bazzinga! (to z ‚Big Bang Theory’ dla niewtajemniczonych)

No i 31 grudnia Sylwester, po hiszpańsku zwany Nochevieja czyli mniej romantycznie stara noc.

Tak jak w naszej wigilijnej tradycji jest, a przynajmniej być powinno, dwanaście potraw na stole tak u Hiszpanów ostatniego dnia roku muszą być wino-grona! Sztuk 12. Na każdy miesiąc. Należy pamiętać aby połknąć je na czas! Przy każdym wbijanym przez zegar dźwięku obwieszczającym północ, trzeba wtrząchnąć po jednym gronie. Uprzednie rozgryzienie dozwolone.

I co ważne: Najlepiej, dla naszych Noworocznych życzeń i marzeń, abyśmy byli gdzieś w pobliżu miejskiego wielkiego zegara. Choćby na ten przykład na placu Puerta del Sol w Madrycie. Wiadomo: życie jak w Madrycie 😉

Po tym jak już pomyślnie skonsumujemy winogrona możemy oddać się toastom i gromadnemu składaniu życzeń. Warto też pamiętać o przesądzie i w sylwestrowy wieczór zadbać o bieliznę koloru czerwonego. Nigdy niewiadomo kiedy może się przydać. Może zapamiętam i do walizy wpakuję. Skoro taka pomocna. Bo zawsze ostras! (kurczę!) zapominamy o winogronach. Ale tych w płynie nigdy!

Nochevieja vel Sylwester za nami. Kac=resaca=hangover wyleczone.

Na koniec zdecydowanie najbardziej oczekiwany 6 stycznia czyli El día de los Reyes Magos a więc Dzień Trzech Króli. Bo to wtedy właśnie dzieci dostają tak bardzo wyczekiwane prezenty. Teoretycznie rzecz ujmując ma to jakby więcej sensu. A już w przeddzień wieczorem na ulicach miast organizowane są ku uciesze gawiedzi cuuuudne, barwne parady, upamiętniające triumfalny wjazd do miasta Trzech Króli. Mam nadzieję, że za rok zobaczę na własne oczy.  

Eureka! Myśl mnie naszła, chytry plan…A jakby tak dobrze się zakręcić to prezenty w mixie polsko-hiszpańskim można dostać razy cztery! 6, 24, 25 grudnia a także 6 stycznia. Przetrenuję na Ludwiczku w przyszłym roku 😉

Stop! Nie zapominajmy o tym gdzie jesteśmy! Strawa dla ciała równie ważna. I właśnie szóstego stycznia Hiszpanie zajadają się słodkim, drożdżowym typem kołacza z mnóstwem bakalii (i kalorii) zwanym Roscón de Reyes. A jak wieść niesie wywodzi się on z tradycji rzymskiej i pierwotnie był ofiarą dla Saturna, który uproszony ciachem miał wspomóc ludzi w przetrwaniu zimy. Dzisiejszy Roscón kryje w sobie dwie niespodzianki. Jedna to fasola, a ten kto w trakcie zajadania ciasta na nią natrafi będzie musiał w następnym roku za nie zapłacić. Druga natomiast to mikra figurka, której znalazca zostaje królem fiesty i dostępuje zaszczytu przywdziania korony zdobiącej Roscón de Reyes.

I tym tak zwanym słodkim akcentem kończę, bo Święta mię zostaną. Święta radosne mam nadzieję, ciepłe rodzinną bliskością i wypełnione milionami kalorii. O matko! Czego Wam wszystkim życzę! Czy tu czy tam…

14 myśli na temat “O dwóch takich…ale nie tylko. Czyli świątecznie o Hiszpanii.

  1. Przeczytałam z wielką ciekawością. Przecudne!!!

    Ściska mocno i serdecznie. Pozdrawiam, Iza

    W dniu 22 grudnia 2017 05:39 użytkownik Polish Muffin na obczyźnie. napisał:

    > polishmuffin posted: „Wietrzny poniedziałek miał być relaksacyjny. W > sensie relaksacyjnego sprzątania. Przecież „Świnta ido pani dobrodziejko”. > No i pSuki zawsze dorzucą swoje pięć groszy (zależy po jakim kursie) w > kwestii domowego syfu. Ludwiczek w otchłani swego biura słucha” >

    Polubione przez 1 osoba

  2. mieszkam w Alicante od 10 lat, maz hiszpan stad i nie slyszelismy o zadnym pienku…. od zawsze byl sw. Mikolaj no i wszechobecne szopki… ale i tak mam wrazenie ze najwazniejsza jest loteria el gordo..

    Polubienie

  3. Toś się rozpisała 🙂 przeczytałam „jednymtchem” o 6:30 tuż po spacerku z Gaja, która dziewczynki pozdrawia 🙂 Piękne jest świąteczne Alicante a na szopki muszę się kiedyś wybrać 😀👍 Buziaki świąteczne dla Was wsiech 🎄😘😘😘🍀

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s