Polish Muffin

Ja, Mistrzyni nieogarnięcia vel prokrastynacji.

PROKRASTYNACJA winno brzmieć moje drugie imię, miast Marysi. Wymieniłam je zupełnie niedawno z całkiem prostego w wymowie PROBLEMu.

Ale do rzeczy. Obawiam się, że przez chwilę, dłuższą jak się zdaje, zwątpiłam w siebie…Nie po raz pierwszy nawiasem mówiąc.

Porównywanie się z innymi niszczy radość życia, powiedział ponoć pan Teodor (Roosevelt zresztą). Wcale mówić nie musiał. Najzwyczajniej nieuniknione. Taka już ludzka natura. Ale myślałam, że już z tego wyrosłam…Przynajmniej wypadałoby 😉

Bo te Wszystkie Blogerki w tysiące idą! A ja?Bo co?! Bo się w temat, zapotrzebowanie tudzież niszę nie wstrzeliłam? Bo za długie teksty? A może zdjęć za dużo?

A nuż moje świeżutkie logo od KURY szczęście przyniesie…

No bo co ja tu mogę? Nie rozbieram się, może trochę tylko emocjonalnie, ikoną mody nie jestem, figurą pochwalić się nie mogę. Nie klnę, nie bluzgam zbytnio. I z rzadka poruszam bieżące, targające światem tematy. Nie dlatego, że jestem babskiem nieczułym ale wszyscy nawet niepytani to robią, to co ja się tu będę…

Bo zamysł był przecież taki, że ja tylko o tym, co w mojej trawie lub głowie piszczy, popiskuje. A jest tego sporo, toż babcia ma szumy uszne. Po tacie.

Notatki we wszystkich trzech telefonach, papierowe notabene też. Są nawet nagrania!Wiele tekstów w połowie, innym brakuje tylko retuszu. Zdjęć pewnie z milion.

I jeszcze Ludwiczek nowego laptopa zakupił abym już nie ślepła wgapiając się w bezkres telefonu. Więc nie wypada nie pisać!

78B7FD38-BE49-4658-99CB-748607A51860

Lecz jakoś o niezakłócony proces twórczy trudno. Bo kiedy mam już tyłek posadzić i zebrać wszytko w kupę, nagle okazuje się że po raz setny pSukom wody trzeba nalać. Powiesić pranie, bo już pralka krzyczy. Wziąć się za obiad, bo Ludwiczek woła „Kochanie jestem /g/łodny!”. Odpisać klientowi. Powycierać kurze, bo cudownie nawarstwiły się na półeczkach. Albo oddzwonić do córki natychmiast, bo wnuk babci się domaga. Poczytać choć przez chwilę, bo tyle książek z Polski nawiezionych. Zmarnować ciut życia na Facebooku. No i nie zapomnieć o aktywności jakiej fizycznej. Absolutnie z bieganiem po schodach ze „szczotką w de” niezwiązanej.

A czasem też znużenie takie dopada, że wyjścia nie ma i sjestę odwalić trzeba. W końcu Hiszpania zobowiązuje. Ale to wina żelaza! Bo mam go za mało, doktory powiedziały. A tabletki jeszcze nie kupione…

I nadal te cholerne migreny! Czyżby klątwa Nany z Ghany trwała? Toż według wspomnianej powyżej, brak czołobitności lat temu kilka miał mnie przyprawić o bóle głowy. Ciekawam czy nadal mam gdzieś swoją laleczkę Voodoo…

66634598-31EE-4314-880C-E7E6F0B072F8

Hipotetycznie rzecz ujmując, wiodę tak teraz modne slow life. Przynajmniej w aspekcie flegmatyzmu. I rozkoszowania się przyrodą. Nad byle kwiatuszkiem, żuczkiem, kamyczkiem pochylania. Ale i tak nie ogarniam!  Nerw w głowie siedzi niepokonany.

Doprawdy nie pojmuję, jak ja ogarnęłam swoją Rajską Parę ćwierć wieku temu z górką. Z domem i studiami na głowie. A nierzadko też ankietowaniem społeczeństwa po wsiach i miastach.

Bo teraz czasem zakręcenie przyjmuje taki obrót, że nie wiem jak się nazywam a dni tygodnia rozpoznaję po tabletkach na nadciśnienie.

Ale jeszcze większa panika przychodzi, gdy jechać znowu trzeba. Toż walizy do spakowania! W ostatniej chwili oczywiście. Po nocy. Odeśpię przecież w samolocie.

Bo wbrew pozorom podróże wcale nie pomagają w ogarnięciu. – Wstydziłabyś się babo narzekać!

Ależ oczywiscie! Podróżować jest bosssssko. Jednakże dezorganizacja totalna wkrada się w życie moje. Zanim przyzwyczaję się od nowa, w której szufladzie trzymam sztućce, już muszę oswajać istnienie w drugiej chałupie.

-Cariño, trzeba kupić ………. (odpowiednie wpisać) Zaraz zaraz, przecież kupiłam niedawno. A nie, to w Kent było. I tak w kółko.

No i cholera sprzątanie podwójne! Hiszpańskim pomocom domowym nie ufam jakoś. Wole sama. Ale bez zbytnich spięć. Bo ja bałaganiara (też!) straszna jestem. Nie mylić z brudasem!

Co innego gdy człek w hotelu zakotwiczy na chwilę. Świeżutka chemią pościel, pachnący pokój, wszystko pod ryj podane. Żyć nie umierać.

I znowu myślę sobie, po co komu zapiski kobity w średnim, pardon, kwiecie wieku?

Chociaż chwileczkę! Kolega z lat tak zwanej młodości  (to o Tobie Piotrze eF) powiedział, że czeka na moje wpisy jak na odcinki serialu! A tu klapa, główny aktor wymiekł, budżet wykazuje deficyt a producent uciekł z kochanką i serial w szwach się rozlazł.

To ja może pójdę poprzesadzać roślinki, bo tak smętnie patrzą spod liścia. Albo zrobię pranie. Wszak dzień bez prania, dniem straconym.

A teksty mogą sobie poleżakować…

Halo! Jest tam kto?! Jakaś bratnia dusza? Jakaś inna MISZCZYNI? Listy piszcie! Jak się kiedyś zbiorę to odpowiem 😉

 

PS. Tym razem zdjęcia zupełnie nie moje.

2 Replies to “„Miszczyni””

  1. czytam cie namietnie, bo troche jakbys moje zycie podgladala… no moze bez tych podrozy wiec ogarniam co gdzie w domu mam… 😛 i od razu robi mi sie lzej na duszy zem nie tylko ja taka Miszczyni zycia jestem.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: