Polish Muffin

Sakramentalne „nie” czyli pozycja numer dwa.

Scroll down to content
Wakacje sobie zrobiła @ jedna!Studenckie niemal. Nic się nie dzieje na tym jej blogu. Tylko fotki i filmy, filmy i fotki.
Przepraszam bardzo. Może w kolejnych miesiącach sprawy się unormują i ciut spowolnią. Wnuczek pójdzie do przedszkola, a babcia na poważnie zajmie się „bajkopisaniem”.
Zanim jednak to nastąpi, dziś na szybko o pewniej rocznicy. Nieokrągłej zresztą. Bo ja lubię nieokrągłe rocznice, chociaż głośność w telewizorze musi być na parzystej.
11 lat temu powiedziałam „nie” w obliczu wysokiego sądu. I po 19 latach małżeństwa zostałam panną z odzysku. Jeśli wyliczenia Wam się nie zgadzają, przypominam, że byłam matką tak zwaną nieletnią, o czym zresztą dawno temu, popełniłam swą pracę magisterską.

Na początku jest sobie miłość, potem jakieś niezrozumienie, może walka, nienawiść pewnie gdzieś po drodze, a czasem i zobojętnienie. Zaraz potem chęć ucieczki, wyplątania się z małżeństwa. Scenariuszy tyle, ile związków. Aż w końcu przychodzi rozwód – pozycja numer dwa na liście najbardziej stresujacych wydarzeń w życiu…

Mój bolał jak cholera, nawet jeśli bez orzekania o winie czy dzielenia majątku. A może to i lepiej, że prócz poTomków i starego samochodu, nie dorobiliśmy się niczego do podziału…

Chwila w sądzie trwała całe wieki. Bo nie da się tak łatwo zamknąć długiego rozdziału własnego życia. To nie książka. To życiowa porażka…

Ogromny stres był nie tylko moim udziałem. Wciąż obecny, ale za chwilę przyszły Ex, usiłował zakamuflować wnerw. Stres dopadł też moją przyjaciółkę D., która świadkowała wspierając mnie na sali rozpraw. A potem we troje poszliśmy na wódkę i deser. Bo D. chciała abyśmy mimo wszystko rozstali się po ludzku. Z szacunku do tego, co nas kiedyś łączyło, z szacunku do naszych poTomków, owoców miłości. Przez chwilę nawet w to uwierzyłam…

Łeb mi pękał, kiedy wysiadałam z samolotu na tej swojej obczyźnie. Obawy o dalsze życie rozwalały czachę. Czy dobrze zrobiłam? Jak teraz będzie? Czy dam radę? Bo nastoletnie dzieci, bo emigracja, bo lęk o wszystko. No ale ile człowiek może tych ostatnich szans dawać?!

A kiedy wreszcie dotarłam do londyńskiego domu, do podnajmowanej na spółkę z córką „dużej dwójki”, nalałam wina, zasiadłam przed pożyczonym laptopem i kupiłam sobie rozwodowy prezent (Boże błogosław karty kredytowe!), bilet na koncert mojego ukochanego Depeche Mode!

Pamiętam do dziś…

Po latach nadal jestem zdania, że o związek trzeba walczyć ale nie za wszelką cenę, nie za cenę swojego zdrowia psychicznego czy fizycznego, nie za cenę swojej godności.

Nie warto czekać z rozstaniem JEŚLI MIŁOŚĆ SPRAWIA BÓL, BO JEŚLI BOLI, TO NIE MIŁOŚĆ!

Nie warto, jeśli pojawia się przemoc…

Nie warto, jeśli wkradły się uzależnienia, z nimi nigdy nie wygramy…

Nie warto, jeśli cierpią Wasze pociechy, wplątane w szarpaninę rodziców pod tytułem „Dla dobra dzieci”. Nie łudźcie się, że podziękują Wam za tak sponiewierane dzieciństwo…
Nie warto, jeśli nie ma szacunku…
Nie warto, gdy swe małżeńskie życie dzielicie z kochankami…

Nie warto, jeśli to tylko dla konwenansów, bo „w naszej rodzinie rozwodów nie było” i „co sąsiedzi powiedzą”…
Nie warto, jeśli to tylko życie „obok”…
Nie warto, bo kredyty, budowane domy…
Nie warto, bo strach przed przyszłością bez drugiej połówki… *

Gdybym to ja była taka mądra, kiedy mądra nie byłam…I gdyby lęk nie trzymal w swej matni, pozycję nr 2 miałabym dużo wcześniej za sobą.
Ale pewnie wtedy nie poznałabym Ludwiczka, który mimo że nie tak wcale idealny (patrz poniżej), to jednak zasługuje na najwyższą pozycję na podium.
I proszę, zrozummy się dobrze. Ja wcale nie namawiam do rozwodu po kilku miesiącach wspólnego życia, bo „facet nie opuszcza deski klozetowej”. Mój Ex w tej kwestii był idealny, a drugi już siedem długich lat tego nie robi. I co? Da się żyć!
Czas na wino. A kolejny koncert już wkrótce…

https://youtu.be/t4E3mtQdLn0

Idealnie w temat wstrzela się tu Kortez, którego wszystko (co w lubelskim empiku mieli) kupiłam, bo tak go ostatnio pokochałam. Miłością matczyną rzecz jasna, toć on w wieku mego pierworodnego poTomka.

*kolejność przypadkowa

2 Replies to “Sakramentalne „nie” czyli pozycja numer dwa.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: